Newsy
Red Hot Chili Peppers - I'm With You
Czwartek, 22 września 2011
Autor: RedMosquitoo
Po akcji marketingowej, jaką zafundowali sobie Red Hot Chili Peppers, można było spodziewać się, że ich dziesiąty album „I’m With You” będzie swojego rodzaju muzycznym objawieniem, podobnym do tego ze „Stadium Arcadium”. Widocznie jednak, po sukcesie poprzedniego krążka „papryczki” postanowiły, że nie pozwolą zanurzyć się fanom w totalnej euforii i trochę zwolnią tempo.
Prawdopodobnie, gdyby „I’m With You” zostało wydane pod szyldem jakiegokolwiek innego zespołu, z łatwością można byłoby nazwać ten album jednym z najlepszych wydanych w tym roku. Ale krążek został nagrany przez formację, która niejednokrotnie nazywana była najlepszą kapelą na świecie. A z takim tytułem nie można sobie pozwolić na płytę tylko „dobrą”. I owszem, teraz też można znaleźć wszystkie cechy, wyróżniające Red Hotów na tle innych rockowo alternatywnych grup, ale brakuje czynnika, który pozwalał uważać ich za tych najlepszych.
Przede wszystkim, w tym roku, spośród czternastu łatwo wpadających w ucho piosenek, trudno wyróżnić przebój na miarę „Dani California” czy „Californication”, chociaż „The Adventures of Rain Dance Maggie” dzielnie aspiruje na miarę hitu (zresztą na taki jest promowana) , to tuż za nią czają się takie kawałki jak „Monarchy Of Roses” czy „Police Station”, które też są świetne, chwytliwe, melodyjne … ale niestety są też głęboko przeciętne. Spośród wszystkich czternastu utworów najbardziej pozytywnie wyróżnia się „Ethiopia”, głównie dzięki zróżnicowaniu śpiewu Kiedisa i szczerze ciekawemu, bardzo „redhotowemu” klimatowi, jak za dawnych lat. Poza tym fantastycznie prezentuje się też „Meet Me At The Corner”, tym razem przez właśnie mniejsze nawiązania do rocka alternatywnego, a bardziej przypominająca balladkę w stylu country, a to coś nowego.
Cała płyta, co tu dużo pisać, zła nie jest. To przyzwoity, jednak przede wszystkim bardzo ostrożny album. Być może dlatego, że to pierwszy krążek po tym jak Red Hot Chili Pepers zostało opuszczone przez Johna Frusciantego, a członkowie zespołu nie chcieli szykować fanom więcej niespodzianek, tak, żeby nie przesadzić z nowościami. No cóż, niespodzianki nie było, ot, płyta przyjemna do spokojnej kontemplacji. A Josh Klinghoffer w roli nowego gitarzysty sprawdza się całkiem dobrze, ale już teraz wiadomo, symbolem grupy na miarę Frusciantego czy Kiedisa nie zostanie.
Ada Struś


Tagi: 




