Newsy
The Black Keys - El Camino
Piątek, 30 grudnia 2011
Autor: RedMosquitoo
Ostatnie dwie płyty amerykańskiego duetu były fantastyczne. Zarówno „Attack & Relase” oraz „Brothers” są krążkami, które za kilka lat uznane będą za kultowe. The Black Keys jednak albumem z 2010 roku sami sobie postawili poprzeczkę tak wysoko, że niemożliwym jest jej przeskoczenie.
Nowe wydawnictwo - „El Camino” - nawet nie stara się dogonić poprzednika, jest mniej mainstreamowe i trochę trudniejsze w odbiorze. Bo owszem, melodie bardzo łatwo wpadają w ucho, teksty nie męczą zbytnim skomplikowaniem, jednak jest teraz coś, czego wcześniej nie było – spokój w pracy, brak spięcia – daje to efekt niesamowitej przestrzeni grania. Wydaje się, że Auerbach i Carney po prostu dają upust temu, co im w duszy gra, a gra całkiem przyjemnie.
Zdecydowanie dużą zaletą nowej płyty jest długoletnie doświadczenie obu muzyków i tego, że każdy fan doskonale zna już sposób grania The Black Keys. Dlatego wiadomo było, czego spodziewać się po duecie, kwestią do odgadnięcia było tylko, czy zdecyduje się on na granie przebojowe (jak w „Brothers”) czy zwrócą się raczej w kierunku swoich dawniejszych wydawnictw. A tu niespodzianka – bo ani jedno, ani drugie – Dan i Patrick łączą oba sposoby. I dobrze, bo wyszło przyjemnie, niekoniecznie łatwo, ale słucha się tego doskonale.
I tak na płycie znajdziemy kilka iście radiowych przebojów, takich jak znane już powszechnie „The Lonely Boy”, bardzo rytmiczne „Run Right Back” czy „Hell Of The Season”, w którym muzyka momentami wybitnie przypomina utwór „Ballroom Blitz” glamrockowego (sic!) Sweet. Ale obok takich hitowych piosenek są także te stonowane, delikatne. Chociażby przepiękne „Little Black Submarine”, zaczynające się jak niepozorna ballada, przeradzając się w cudowne rockowe słuchowisko, ze znakomitym (trochę w stylu Jimmy’ego Page’a) gitarowym solo.
Fenomen tej płyty polega na tym, że przenosi w lata 70. Z początku się tego nie słyszy, ale „El Camino” mogłoby stworzyć idealny soundtrack do filmu z tamtego okresu, czy też zapełnić wszystkie miejsca na listach przebojów właśnie sprzed trzydziestu kilku lat. Może właśnie dlatego tak różni się od poprzedniego wydawnictwa, bo tamto nigdzie nas nie zabierało, co najwyżej na plac zabaw (jak w teledysku do „Thighten Up”). Dlatego płyta jest trudniejsza do przyswojenia i docenienie jej może zabrać trochę więcej czasu.
Tak czy inaczej, najnowsza produkcja Amerykanów jest bardzo dobra, absolutnie niczego jej nie brakuje. I jeszcze jedno – tym razem zamiast na słowach (które są, no co tu dużo pisać, przeciętne) jest lepiej skoncentrować się na muzyce, bo pozwoli to usłyszeć same wspaniałe rzeczy i nawiązania, jak chociażby charakterystyczne dla najznakomitszych bluesmanów przyklepywanie i klaskanie do gitary, które tutaj słychać niejednokrotnie.
Ada Struś


Tagi: 




